Bajka dla starszego dziecka, które jeszcze pamięta, że świat nie jest tylko tym, co mu powiedziano
Było sobie kiedyś dziecko.
Nie było już całkiem małe, bo miało na twarzy ślady wielu lat, kilka zmarszczek od myślenia, kilka od śmiechu, kilka od patrzenia zbyt długo w miejsca, gdzie inni widzieli tylko ścianę. Miało też w kieszeniach różne dorosłe rzeczy: rachunki, obowiązki, cudze oczekiwania, resztki dawnych planów, bilety z podróży, których nie odbyło do końca, i kilka kluczy, których przeznaczenia już nie pamiętało.
Ale mimo tego wszystkiego było dzieckiem.
Takim trochę starszym dzieckiem, które nauczyło się chodzić po świecie jak dorosły, mówić „trzeba”, „wypada”, „nie ma sensu”, „już za późno”, ale w środku — pod tym całym płaszczem dorosłości — nadal miało coś jasnego. Coś miękkiego. Coś, co nie zgadzało się do końca, żeby życie było tylko tabelą spraw do załatwienia.

To dziecko miało na imię Nie-do-końca-Zaprogramowany.
Oczywiście nikt go tak nie nazywał. Ludzie wołali na nie normalnie. Imieniem z dokumentów. Imieniem z listów. Imieniem, które wpisuje się w formularzach. Ale prawdziwe imię człowieka bardzo rzadko mieści się w formularzu. Prawdziwe imię mieszka głębiej. Czasem w spojrzeniu. Czasem w tym, od czego człowiekowi robi się nagle ciepło pod sercem. Czasem w jednej łzie, która nie wiadomo skąd przyszła. A czasem w tym dziwnym uczuciu, że gdzieś za zwyczajnym dniem stoi jeszcze inny świat i czeka, aż ktoś sobie o nim przypomni.
Nie-do-końca-Zaprogramowany żył w mieście zwanym Tak Się Robi.
Było to miasto porządne, praktyczne i bardzo dobrze opisane. Na każdej ulicy wisiały tabliczki z instrukcjami:
Nie patrz za długo w niebo.
Nie pytaj, jeśli odpowiedź nie przyniesie zysku.
Nie zachwycaj się bez powodu.
Nie bądź naiwny.
Nie zaczynaj od marzeń.
Najpierw obowiązek, potem dusza — jeśli zostanie czas.
A czasu zwykle nie zostawało.
W mieście Tak Się Robi ludzie wstawali rano i od razu zakładali twarze. Niektórzy zakładali twarz „ważną”. Inni twarz „zmęczoną”. Jeszcze inni twarz „wszystko wiem, nie zawracaj mi głowy”. Były też twarze specjalne: twarz na spotkania, twarz na rodzinę, twarz na obcych, twarz na sąsiadów, twarz na zdjęcie profilowe i twarz na moment, gdy trzeba udawać, że wszystko jest świetnie.
Dzieci rodziły się tam z oczami szeroko otwartymi, ale potem bardzo szybko dostawały małe okularki z napisem „realizm”. Te okularki nie służyły jednak do lepszego widzenia. One służyły do widzenia mniej. Przez nie motyl był tylko owadem, deszcz tylko wilgocią, starość tylko problemem, samotność tylko porażką, a marzenie tylko brakiem planu.
Nie-do-końca-Zaprogramowany też dostał kiedyś takie okularki.
Nosił je długo. Tak długo, że prawie zapomniał, że można patrzeć bez nich.
Pewnego dnia, gdy siedział przy stole, na którym stała filiżanka kawy, stara świeczka, kilka truskawek i kieliszek z bąbelkami — bo wbrew wszystkiemu lubił czasem świętować bez oficjalnego powodu — usłyszał cichy szelest.
Nie był to wiatr.
Nie był to telefon.
Nie było to żadne powiadomienie, bo prawdziwe rzeczy rzadko przychodzą jako powiadomienia.
Szelest dochodził z wnętrza starego notesu, który leżał na stole od dawna. Notes był trochę poplamiony, trochę pognieciony, trochę zapomniany. Wyglądał jak rzecz, którą człowiek nosił przy sobie wtedy, gdy jeszcze wierzył, że warto zapisywać nie tylko sprawy ważne dla świata, ale też sprawy ważne dla duszy.
Nie-do-końca-Zaprogramowany otworzył notes.
Na pierwszej stronie było napisane:
„Nie wszystko, co cię nauczono, jest twoje.”
Zdziwił się.
Przewrócił kartkę.
Na drugiej stronie było napisane:
„Nie wszystko, co nazywasz rozsądkiem, jest mądrością. Czasem to tylko stary strach ubrany w garnitur.”
Przewrócił następną.
„Wracaj. Ale nie do przeszłości. Do patrzenia.”
I wtedy coś stuknęło pod stołem.
Schylił się i zobaczył mały klucz. Mosiężny, stary, ciepły, jakby ktoś trzymał go długo w dłoni. Nie pamiętał, żeby taki klucz posiadał. A jednak, gdy go podniósł, poczuł dziwne rozpoznanie. Jakby ten klucz nie był do drzwi w domu, tylko do drzwi w nim samym.
W mieście Tak Się Robi istniało wiele drzwi, ale większość prowadziła do tych samych miejsc: pracy, sklepu, urzędu, kuchni, łóżka, ekranu, zmęczenia. Ten klucz jednak nie pasował do żadnych znanych zamków.
Pasował dopiero do bramy, której nie było.
A przynajmniej tak się wydawało.
Bo gdy Nie-do-końca-Zaprogramowany podszedł do ściany, na której od lat wisiał zegar odliczający obowiązki, zobaczył nagle cienką linię światła. Jakby mur pękł nie od uderzenia, ale od tęsknoty.
Włożył klucz.
Przekręcił.
Ściana westchnęła.
I otworzyła się brama.
Za bramą nie było raju w stylu folderu reklamowego. Nie było tam palm, basenu ani ludzi pokazujących zęby do aparatu. Był ogród. Ale nie taki ogród, który ktoś przyciął równo według katalogu. Był to ogród trochę dziki, trochę świetlisty, trochę jak Mazury, trochę jak sen, trochę jak dzieciństwo, trochę jak miejsce, którego nigdy nie odwiedziłeś, ale za którym tęskniłeś całe życie.
Na ścieżce rosły kwiaty, które nie miały nazw. Nad wodą stała mała łódka papierowa, choć jezioro było prawdziwe. Na gałęziach drzew wisiały gwiazdy, jakby ktoś zebrał je z nieba i powiesił niżej, żeby starsze dzieci nie musiały już tak bardzo zadzierać głowy. W oddali widać było mały dom z ciepłym światłem w oknie. Nie wyglądał jak pałac. Wyglądał jak miejsce, gdzie można wrócić.
Przy bramie siedział Anioł.
Nie miał miny świętego z obrazka. Wyglądał raczej jak ktoś, kto długo czekał i trochę się nudził, ale z miłością. Miał skrzydła, owszem, ale jedno pióro sterczało mu krzywo. Obok niego stał kubek z herbatą, a na kolanach trzymał książkę zatytułowaną:
„Instrukcja obsługi zachwytu dla tych, którzy zapomnieli, że ją mają.”
— No wreszcie — powiedział Anioł.
— Ty na mnie czekałeś? — zapytał Nie-do-końca-Zaprogramowany.
— Nie. Ja czekałem, aż ty przestaniesz czekać na pozwolenie.
To było zdanie bardzo proste, ale spadło mu do środka jak kamień do studni. Długo leciało. I długo było słychać echo.
— Na co miałem pozwolenie? — spytał.
— Na patrzenie własnymi oczami.
Nie-do-końca-Zaprogramowany chciał odpowiedzieć coś dorosłego. Coś rozsądnego. Coś w stylu: „Życie jest skomplikowane”, „Nie można tak po prostu”, „Człowiek ma obowiązki”, „Trzeba być realistą”. Ale zanim zdążył, z kieszeni jego płaszcza wysypały się małe karteczki.
Było ich mnóstwo.
Na jednej napisano: Nie wypada.
Na drugiej: Za późno.
Na trzeciej: Ludzie pomyślą.
Na czwartej: Nie jesteś wystarczająco ważny.
Na piątej: Nie zaczynaj, jeśli nie wiesz, czy będzie sukces.
Na szóstej: Zachwyt jest dla dzieci.

Anioł spojrzał na nie i cmoknął.
— O, masz jeszcze stare programy. Klasyka. W pakiecie podstawowym prawie każdy to dostaje.
— I co mam z nimi zrobić?
— Nic wielkiego. Najpierw przestań je uważać za własne myśli.
I wtedy stała się rzecz dziwna. Karteczki zaczęły tracić ciężar. Nie zniknęły od razu, bo takie rzeczy rzadko znikają od jednego mądrego zdania. Ale przestały wyglądać jak wyroki. Zaczęły wyglądać jak stare ulotki, które ktoś wrzucił do skrzynki dawno temu.
Nie-do-końca-Zaprogramowany wszedł do ogrodu.
Pierwszym stworzeniem, które spotkał, był Kret Od Oczywistości. Siedział na środku ścieżki i oglądał kamień.
— Co robisz? — zapytał człowiek.
— Oglądam cud — odpowiedział kret.
— To jest kamień.
— Dla oczu po szkoleniu: kamień. Dla oczu wolnych: mała góra, która postanowiła być do trzymania w dłoni.
Nie-do-końca-Zaprogramowany podniósł kamień. Był ciepły od słońca. Miał w sobie kilka drobnych błyszczących punkcików.
— Nigdy tego nie zauważyłem — powiedział.
— Bo zauważanie wymaga bezinteresowności — odparł kret. — A was tam, za bramą, uczą głównie interesowności. Patrzycie na rzeczy i od razu pytacie: do czego to służy? ile to kosztuje? czy mi się przyda? czy ktoś mnie pochwali? A cud nie lubi rozmów kwalifikacyjnych.
Szli dalej.
Przy jeziorze siedziała Ryba, Która Nie Dała Się Złowić Sensowi. Wyskakiwała z wody i znikała, zanim ktokolwiek mógł ją nazwać.
— Co to za ryba? — spytał Nie-do-końca-Zaprogramowany.
— To pytanie ją płoszy — powiedział Anioł.
— Dlaczego?

— Bo nie wszystko trzeba natychmiast nazywać. Niektóre rzeczy trzeba najpierw poczuć, inaczej umierają w definicji.
Człowiek usiadł na brzegu. Przypomniał sobie, ile razy w życiu coś poczuł, a potem sam siebie poprawiał. Ile razy mówił: „to głupie”, „to nic”, „przesadzam”, „nie ma się czym wzruszać”. Jakby w środku mieszkał mały urzędnik, który stemplował emocje: zatwierdzone, odrzucone, niepraktyczne, podejrzane, infantylne.
Ryba wyskoczyła z wody jeszcze raz.
Tym razem jej nie nazwał.
Tylko się uśmiechnął.
I to wystarczyło.
Potem dotarli do polany, na której stał stary stół. Przy stole siedziały trzy postacie.
Pierwsza była bardzo chuda i miała kieszenie pełne zegarków. Nazywała się Później.
Druga miała wielkie okulary, przez które wszystko wyglądało na mniejsze. Nazywała się Rozsądek Bez Serca.
Trzecia była tak dobrze ubrana, że wyglądała jak reklama własnego niepokoju. Nazywała się Co Ludzie Powiedzą.
— Siadaj — powiedziało Później. — Porozmawiamy o twoich marzeniach. Tylko nie dzisiaj.
— Najpierw sprawdzimy, czy mają sens — dodał Rozsądek Bez Serca. — Sens oznacza przewidywalny wynik, najlepiej mierzalny.
— I czy dobrze wyglądają z zewnątrz — powiedziało Co Ludzie Powiedzą. — Bo wiesz, możesz czuć różne rzeczy, ale nie przesadzaj z autentycznością. Autentyczność bywa niezręczna.
Nie-do-końca-Zaprogramowany znał te postacie. Znał je bardzo dobrze. Przez lata siadywały przy jego wewnętrznym stole i udawały doradców. Czasem mówiły mądre rzeczy, ale częściej zabierały mu oddech.
Anioł nachylił się i szepnął:
— Nie walcz z nimi. One lubią walkę, bo wtedy wydają się ważne. Po prostu nie oddawaj im tronu.
— A kto ma siedzieć na tronie?
— Nikt. To nie królestwo. To ogród.
To było drugie zdanie, które spadło do studni.

To nie królestwo. To ogród.
Nie-do-końca-Zaprogramowany nagle zrozumiał, że może dlatego życie tak często go męczyło: próbował zarządzać sobą jak państwem, podczas gdy jego dusza chciała być ogrodem. Nie potrzebowała ciągłych dekretów. Potrzebowała światła, wody, ciszy, przycinania czasem tego, co uschło, i cierpliwości wobec tego, co dopiero kiełkuje.
Wstał więc od stołu.
— Dziękuję za troskę — powiedział do trzech postaci. — Ale dziś idę trochę popatrzeć.
— To nieodpowiedzialne! — krzyknął Rozsądek Bez Serca.
— Możesz popatrzeć później! — krzyknęło Później.
— Ktoś może to zobaczyć! — jęknęło Co Ludzie Powiedzą.
Ale ich głosy robiły się coraz cichsze, bo człowiek już szedł.
Na końcu ogrodu była ścieżka prowadząca przez mały las. Drzewa szeptały po swojemu. Nie po ludzku. Drzewa nie marnują czasu na argumenty. One mówią obecnością. Stoją i przypominają, że można rosnąć bez hałasu.
W środku lasu Nie-do-końca-Zaprogramowany znalazł lustro.
Nie było duże. Nie miało złotej ramy. Stało oparte o pień starego drzewa. Nad nim wisiała tabliczka:
„Lustro bez programów. Patrzeć ostrożnie. Można zobaczyć siebie sprzed tresury.”
Człowiek podszedł.
Najpierw zobaczył swoją dorosłą twarz. Trochę zmęczoną. Trochę czułą. Trochę nieufną wobec własnej nadziei.
Potem lustro zamgliło się.
I zobaczył siebie jako dziecko.
Nie jako dziecko z fotografii. Nie chodziło o dokładne rysy twarzy, spodenki, szkolny plecak ani datę. Zobaczył dziecko jako sposób istnienia. Dziecko, które przykuca przy kałuży nie dlatego, że kałuża jest przydatna, ale dlatego, że niebo w niej leży do góry nogami. Dziecko, które potrafi nadać imię patykowi. Dziecko, które jeszcze nie wie, że trzeba się wstydzić wzruszenia. Dziecko, które wierzy, że rozmowa z psem, drzewem, kamieniem albo własnym cieniem może być całkiem poważna.
Dziecko spojrzało na niego z lustra i powiedziało:
— Czemu mnie zostawiłeś?
Nie-do-końca-Zaprogramowany poczuł ukłucie.
— Nie zostawiłem. Ja tylko… dorosłem.
Dziecko przekrzywiło głowę.
— Dorosnąć to nie znaczy przestać widzieć.
Nie miał odpowiedzi.
Bo to była prawda.

W dorosłości wmówiono mu, że dziecko trzeba zostawić za sobą jak stare zabawki. Że powaga polega na tym, aby coraz mniej się dziwić. Że mądrość to zdolność przewidywania rozczarowań. Że zachwyt jest dowodem niedojrzałości, a nie dowodem żywego serca.
A przecież może było odwrotnie.
Może niedojrzałością było właśnie to całe udawanie, że już nic nie robi wrażenia.
Może dorosły człowiek bez dziecka w środku staje się tylko urzędem do obsługi własnego przetrwania.
Może to dziecko nie było przeszkodą w życiu.
Może było kompasem.
— Czy możesz wrócić? — zapytał człowiek.
Dziecko w lustrze uśmiechnęło się.
— Ja nigdy nie odeszłam. Tylko przestałeś mnie pytać.
Wtedy lustro pękło delikatnie, ale nie zepsuło się. Z pęknięć zaczęło wypływać światło. Nie ostre, nie teatralne, nie jak reflektor. Raczej jak światło świeczki, która nie obiecuje oświetlić całego świata, ale mówi: „ten metr drogi wystarczy”.
Nie-do-końca-Zaprogramowany zrozumiał, że nie musi stać się kimś innym. Nie musi wracać do przeszłości. Nie musi udawać młodości. Nie musi robić z siebie wiecznego chłopca, który ucieka przed odpowiedzialnością.
Miał zrobić coś trudniejszego i piękniejszego.
Miał być dorosłym człowiekiem z odblokowanym dzieckiem w sercu.
To zupełnie inna rzecz.
Bo dziecko bez dorosłego może się zgubić.
Ale dorosły bez dziecka usycha.
A razem — mogą iść.
Jeden niesie doświadczenie.
Drugie niesie zachwyt.
Jeden wie, że są burze.
Drugie wie, że po burzy pachnie ziemia.
Jeden pamięta, że trzeba zamknąć drzwi na noc.
Drugie pamięta, że czasem trzeba je otworzyć rano nie tylko po to, żeby wyjść, ale żeby wpuścić cud.
Kiedy wracał przez ogród, zauważył rzeczy, których wcześniej nie widział.
Ślimak ciągnął za sobą srebrną linię jak mały kaligraf nocy.
Liść miał żyłki jak mapa nieznanego kraju.
Stara ławka nie była stara, tylko pełna rozmów, które na niej kiedyś usiadły.
Cisza nie była brakiem dźwięku, tylko miejscem, gdzie mogło się odezwać coś prawdziwszego.
Przy bramie Anioł nadal siedział z herbatą.
— I co? — zapytał.
— Nie wiem, czy potrafię tak żyć po drugiej stronie.
— Nie musisz potrafić. Wystarczy, że będziesz wracał.
— Do ogrodu?
— Do patrzenia.
— A jeśli znowu założę stare okularki?
— To je zdejmiesz. I znowu założysz. I znowu zdejmiesz. Ludzie bardzo lubią dramatyzować powrót do siebie, jakby to miała być jedna wielka scena z muzyką. A często to jest codzienna mała robota. Zauważyć. Odetchnąć. Nie uwierzyć od razu staremu lękowi. Zapalić świeczkę. Zapytać: „czy to jest moje, czy mi to wdrukowano?” Spojrzeć na truskawkę jak na mały czerwony cud, a nie tylko produkt spożywczy.
— Czyli bajka nie kończy się tym, że wszystko już rozumiem?
Anioł roześmiał się.
— Na szczęście nie. Bajki, które kończą się pełnym zrozumieniem, są podejrzane. Prawdziwa bajka kończy się tym, że człowiek idzie dalej trochę bardziej żywy.
Nie-do-końca-Zaprogramowany spojrzał jeszcze raz na ogród. Na jezioro. Na ścieżkę. Na papierową łódkę. Na gwiazdy wiszące nisko. Na dom z ciepłym światłem. Na tę bramę, która nie prowadziła do ucieczki od świata, lecz do głębszego wejścia w świat.
Bo to też zrozumiał: dziecięce patrzenie nie polega na infantylności. Nie polega na tym, że człowiek zaprzecza cierpieniu, starości, stracie, zmęczeniu, rachunkom, chorobie, samotności. Dziecko bez programów nie mówi: „nie ma ciemności”. Ono raczej bierze świeczkę i mówi: „chodź, zobaczymy, co jest metr dalej”.
I może to jest największa mądrość.
Nie wielkie hasła.
Nie sukces.
Nie hałas.
Nie triumf.
Tylko ta świeczka na metr drogi.
I Anioł za plecami, który nie popycha, nie krzyczy, nie prowadzi za rękę jak kogoś nieporadnego. Po prostu jest. Jak cicha zgoda, że można być sobą nie w wersji idealnej, ale prawdziwej.
Człowiek wrócił do swojego pokoju.
Miasto Tak Się Robi nadal istniało. Tabliczki nadal wisiały. Ludzie nadal zakładali twarze. Zegary nadal odliczały obowiązki. Nic zewnętrznie nie zmieniło się od razu.
Ale na stole leżał klucz.
W notesie pojawiło się nowe zdanie:
„Nie musisz odczarować całego świata. Wystarczy, że przestaniesz sam siebie odczarowywać.”
Nie-do-końca-Zaprogramowany nalał sobie odrobinę bąbelków. Położył obok kilka truskawek. Zapalił świeczkę. Nie jako rytuał wielki i święty. Raczej jako małe prywatne „tak” powiedziane życiu.
Potem podszedł do okna.
Na ulicy ktoś spieszył się bardzo poważnie. Ktoś inny rozmawiał przez telefon. Samochody jechały w swoje sprawy. Świat wyglądał zwyczajnie.
Ale w kałuży przy krawężniku leżało niebo.
I to wystarczyło.
Bo bajka dla starszego dziecka nie mówi: „wróć do dzieciństwa”.
Mówi raczej:
Nie pozwól, żeby zabrano ci zdolność zachwytu.
Nie pozwól, żeby cud musiał mieć pozwolenie.
Nie pozwól, żeby twoje serce stało się tylko magazynem doświadczeń.
Nie pozwól, żeby świat wmówił ci, że widzenie głębiej jest błędem.
Nie pozwól, żeby twoje wewnętrzne dziecko siedziało w piwnicy, podczas gdy ty na górze udajesz, że wszystko jest pod kontrolą.
Bo może właśnie ono wie, gdzie jest brama.
Może ono pamięta klucz.
Może ono jedyne potrafi rozpoznać Anioła, nawet jeśli Anioł ma krzywe pióro, kubek herbaty i poczucie humoru.
A kiedy ktoś zapyta: „po co ci to wszystko?”, można odpowiedzieć bardzo spokojnie:
Po to, żeby nie przeżyć życia jak instrukcji obsługi.
Po to, żeby czasem zobaczyć w kamieniu małą górę.
Po to, żeby w truskawce poczuć lato.
Po to, żeby papierowa łódka nadal mogła płynąć po prawdziwym jeziorze.
Po to, żeby być dorosłym — ale nie zabetonowanym.
Po to, żeby wrócić do WONDER.
Nie do naiwności.
Do źródła.
Do miejsca w sobie, które jeszcze umie powiedzieć:
„Ojej… jakie to dziwne, że ja tu jestem. Jakie to piękne, że świat jeszcze świeci. Jakie to niezwykłe, że zwykły dzień może mieć ukrytą furtkę.”
I wtedy bajka się nie kończy.
Wtedy dopiero zaczyna się patrzenie.

