Wiem, długie wpisy nie są dziś szczególnie modne. Dzisiaj wszystko ma być krótkie, szybkie, celne, łatwe do połknięcia między jedną kawą a drugim powiadomieniem. Ale może właśnie dlatego długi tekst ma jeszcze większy sens. Może długi tekst jest jak jezioro. Nie da się go wypić jednym łykiem. Trzeba przy nim usiąść. Trzeba chwilę pomilczeć. Trzeba pozwolić, by powierzchnia przestała drżeć.
A niedziela jest dla mnie takim dniem.
Nie tyle dniem odpoczynku, co dniem wejścia głębiej. Dniem, w którym można odłożyć na bok obowiązki, plany, bieganie za czymś, co podobno jest ważne, i zadać sobie pytanie: co we mnie naprawdę żyje? Nie co powinno żyć. Nie co wypadałoby pokazać światu. Nie co inni uznaliby za sukces. Tylko właśnie: co we mnie żyje, nawet jeśli długo było ukryte?
Dlatego pierwszy obraz tej niedzielnej serii musiał być o Jungu.
Carl Gustav Jung jest dla mnie inspiracją od wielu lat. Nie jako kolejny „mądry człowiek z książek”, którego można zacytować, żeby wyglądać głębiej. Jung jest raczej kimś w rodzaju przewodnika stojącego przy wejściu do jaskini. Nie mówi: chodź, będzie łatwo. Nie mówi: odnajdziesz tam tylko światło. Raczej wskazuje drzwi i daje do zrozumienia, że za nimi jest wszystko: dzieciństwo, lęk, pragnienie, cień, symbol, Bóg, mit, ciało, sen, pamięć, wstyd, wielkość i małość człowieka.
Czyli życie.
W obrazie, który stworzyłem do tego wpisu, mężczyzna stoi nad jeziorem. Jest trochę mną, trochę każdym, kto już przestał udawać, że zna siebie do końca. Siwe, lekko niesforne włosy, okulary, notes w ręku, płaszcz człowieka, który nie jest modelem świata, lecz jego świadkiem. Patrzy na wodę. A w wodzie nie odbija się tylko twarz. Odbija się coś więcej. Cień. Mandala. Głębszy porządek. Może dusza. Może nieświadomość. Może ta część człowieka, która przez całe życie puka od spodu w podłogę codzienności.
I chyba właśnie dlatego Jung mnie zachwycił.
Bo on nie traktował człowieka jak maszyny do naprawy. Nie redukował człowieka do kilku funkcji, kilku popędów, kilku etykiet. W jego świecie człowiek był krajobrazem. Był domem o wielu pokojach. Był snem, który trzeba nauczyć się czytać. Był mitem, który wciąż dzieje się pod powierzchnią zwykłych dni.
To mi jest bardzo bliskie.
Zawsze miałem w sobie takie podświadome poszukiwanie: zrozumieć siebie, a przez to może trochę lepiej zrozumieć innych. Nie po to, żeby ich oceniać. Raczej przeciwnie. Im głębiej człowiek schodzi w siebie, tym trudniej mu rzucać w innych kamieniami. Bo zaczyna widzieć, że w każdym jest jakiś ukryty pokój. Że każdy nosi swój cień, swoje niespełnienie, swoją tęsknotę, swoje pomylone mapy, swoje stare rany, swoje małe świątynie i swoje piwnice.
Zrozumieć siebie to przestać być takim łatwym dla własnych iluzji. Zrozumieć innych to przestać być takim szybkim w sądach.
Jung uczył mnie, że człowiek nie jest jedną prostą historią. Jest raczej zbiorem warstw. Na wierzchu mamy personę, czyli tę część, którą pokazujemy światu: uprzejmość, rolę, styl, nazwisko, zawód, twarz do użycia publicznego. Persona jest potrzebna. Nie ma sensu jej pogardzać. W końcu nie wychodzimy codziennie do ludzi z całym swoim chaosem na dłoni. Ale jeśli człowiek zaczyna wierzyć, że jest tylko swoją personą, zaczyna gubić duszę.
Pod spodem jest cień.
To słowo brzmi groźnie, ale cień nie jest tylko złem. Cień to wszystko, czego nie chcieliśmy w sobie widzieć. Wszystko, co odsunęliśmy, bo nie pasowało do obrazu „porządnego człowieka”. Gniew. Zazdrość. Ambicja. Potrzeba uznania. Słabość. Lęk. Ale też dzikość. Siła. Talent. Odwaga. Pragnienie życia. Czasem cień nosi w sobie nie tylko nasze brudy, ale też nasze złoto.
Może dlatego tak mocno przemawia do mnie myśl, że nie ma światła bez cienia. Nie ma pełni bez niedoskonałości. Nie można stać się sobą, jeśli wolno nam kochać tylko tę część siebie, którą da się dobrze sfotografować.
A ja coraz bardziej czuję, że życie nie polega na stawaniu się idealnym. Życie polega na stawaniu się prawdziwym.
To zupełnie inny kierunek.
Idealność jest sztywna. Prawdziwość oddycha. Idealność jest maską. Prawdziwość czasem ma zmarszczki, czasem jest zmęczona, czasem nie wie, co dalej, ale przynajmniej nie udaje. Idealność boi się pęknięć. Prawdziwość rozumie, że przez pęknięcia często wchodzi światło.
W tym sensie Jung nie jest dla mnie tylko psychologiem. Jest kimś, kto przywraca powagę wewnętrznemu życiu. Dzisiaj bardzo łatwo zgubić tę powagę. Wszystko ma być praktyczne. Wszystko ma się przydać. Nawet duchowość ma być sprawna, wydajna i estetyczna. Medytacja ma pomóc w produktywności. Samopoznanie ma dać lepsze wyniki. Cisza ma być narzędziem do osiągania celów.
A Jung przypomina coś odwrotnego: że wnętrze człowieka nie jest aplikacją do optymalizacji. Jest tajemnicą.
I ja tę tajemnicę lubię.
Lubię, że u Junga obok rzeczy bardzo przyziemnych — pracy z pacjentem, analizy snów, relacji, konfliktów, nerwic, kryzysów — pojawia się też głęboka symbolika, alchemia, archetypy, religia, mit, mandala, kamień, wieża, jezioro. U niego codzienność i ezoteryka nie stoją po dwóch stronach barykady. One się spotykają. Tak jakby człowiek gotujący kawę, budujący dom, zapisujący sen i patrzący na wodę uczestniczył jednocześnie w czymś zwykłym i kosmicznym.
To jest mi bliskie także w moim blogu.
Beautiful MADNESS nie jest przecież tylko blogiem o ładnych obrazach. To jest próba zapisywania własnej mitologii. Może trochę szalonej, może nie zawsze logicznej, może mało modnej, ale mojej. To jest miejsce, gdzie kawa może być rytuałem, jezioro lustrem, truskawki ambrozją, niedziela bramą, a obraz — autobiografią.
Bo człowiek potrzebuje swojej symboliki.
Bez symboli życie robi się płaskie. Staje się kalendarzem, rachunkiem, listą zadań, zbiorem komunikatów. A przecież pod tym wszystkim dzieje się coś więcej. Każdy z nas nosi w sobie obrazy, które prowadzą go głębiej niż słowa. Dla jednego to dom nad jeziorem. Dla drugiego ścieżka w lesie. Dla kogoś innego stary klucz, walizka, róża, anioł, notatnik, światło na wodzie.
Jung rozumiał, że symbole nie są dekoracją duszy. Są jej językiem.
Dlatego tak porusza mnie jego dom nad jeziorem. I ten w Küsnacht, i szczególnie ta wieża w Bollingen — miejsce, które nie było tylko budynkiem. Było jak wyznanie z kamienia. Jakby Jung nie mógł już dłużej wszystkiego pisać na papierze i musiał część swojego wnętrza zbudować rękami. Kamień po kamieniu. Ściana po ścianie. Pokój po pokoju. Tam, nad wodą, jego myśl przestawała być tylko teorią. Stawała się przestrzenią.
To jest piękne.
Bo może każdy człowiek potrzebuje swojego Bollingen. Niekoniecznie prawdziwej wieży. Może to być biurko. Blog. Notes. Poranna kawa. Miejsce nad jeziorem. Mały balkon. Las. Obraz. Strona internetowa, która z zewnątrz wygląda jak projekt, a od środka jest próbą ocalenia własnej duszy przed rozproszeniem.
Może moje Wonder, moje Beautiful MADNESS, jest właśnie takim małym Bollingen.
Nie z kamienia, ale z obrazów, tekstów, symboli, zadumy, kawy, zachwytu, pytań i tego dziwnego uporu, żeby być sobą nawet wtedy, gdy świat namawia do bycia wersją łatwiejszą do sklasyfikowania.
Piszesz, że czujesz, iż „ja” jest bardzo ważne. Że to jest taki egoizm, który pozwala być szczęśliwym.
Myślę, że to jest ważne zdanie.
Bo istnieje egoizm płytki i istnieje egoizm konieczny.
Płytki egoizm mówi: wszystko ma być dla mnie. Inni są tłem. Moje pragnienie jest prawem. Moje wygody są najważniejsze. To egoizm, który zamyka człowieka w małym pokoju i każe mu wierzyć, że ten pokój jest całym światem.
Ale jest też egoizm głębszy, zdrowy, ratujący. Taki, który mówi: moje życie także ma znaczenie. Moja dusza także wymaga uwagi. Moje pragnienia nie są zawsze fanaberią. Moja samotność nie jest błędem. Moja radość nie jest luksusem. Moje granice nie są zbrodnią. Moje szczęście nie musi być nieustannie odkładane na później, aż wszyscy inni będą już zadowoleni.
To nie jest egoizm przeciwko ludziom.
To jest egoizm, który pozwala w ogóle mieć ludziom coś prawdziwego do dania.
Bo człowiek, który siebie nie słyszy, zaczyna żyć cudzym hałasem. Człowiek, który siebie nie szanuje, wcześniej czy później zaczyna mieć ukrytą pretensję do świata. Człowiek, który siebie nie rozumie, często wymaga od innych, by naprawili coś, czego on sam nie odważył się nazwać.
Dlatego zejście do siebie nie jest ucieczką od innych. Jest przygotowaniem do prawdziwszego spotkania.
Jeśli rozumiem siebie choć trochę lepiej, mniej projektuję na innych własny cień. Mniej obrażam się na cudze różnice. Mniej potrzebuję, żeby świat potwierdzał mi moją wartość co pięć minut. Mniej udaję. Mniej walczę z fantomami. Widzę, że czasem to, co mnie drażni w drugim człowieku, jest listem z mojego własnego wnętrza. Widzę, że moja reakcja nie zawsze mówi całą prawdę o kimś innym, ale często mówi bardzo dużo o mnie.
To jest jedna z najtrudniejszych lekcji Junga.
Świat zewnętrzny jest realny, ale nasze widzenie świata jest często pełne projekcji. Widzimy nie tylko człowieka przed sobą. Widzimy ojca, matkę, dawny lęk, dawny brak, swoje niespełnione marzenie, swój cień, swój ideał, swoją ranę. I dopóki tego nie rozpoznamy, życie staje się teatrem, w którym obsadzamy innych w rolach, o które nas nigdy nie prosili.
A potem nazywamy to losem.
Często przypisuje się Jungowi zdanie, że dopóki nie uczynimy nieświadomego świadomym, będzie ono kierować naszym życiem, a my nazwiemy to przeznaczeniem. Niezależnie od tego, jak dokładnie brzmi źródło tego cytatu, sama myśl jest potężna. Bo przecież ile razy człowiek powtarza ten sam schemat i mówi: „tak już mam”? Ile razy wybiera podobnych ludzi, podobne cierpienia, podobne ucieczki, podobne rozczarowania? Ile razy jego życie kręci się w kółko, a on wierzy, że to mapa, choć może to tylko ślad po dawnym zranieniu?
Jung zaprasza, by przestać żyć jak ktoś zahipnotyzowany własną historią.
Nie chodzi o to, by od razu wszystko uleczyć. Może to też jest współczesna presja: ulecz się, napraw się, przepracuj się, bądź lepszą wersją siebie. Jung jest dla mnie subtelniejszy. On raczej mówi: spójrz. Zobacz. Nazwij. Usiądź przy tym. Nie uciekaj od snu, który wraca. Nie gardź symbolem, który cię porusza. Nie lekceważ emocji, która pojawia się zbyt mocno. Nie zakładaj, że to przypadek, jeśli coś wciąż prosi o twoją uwagę.
Wnikanie do głębin siebie nie musi być dramatyczne.
Może zacząć się bardzo prosto. Od porannej kawy wypitej wolniej. Od pytania zapisanego w notesie. Od spojrzenia na obraz i zauważenia, że coś w nim nie daje spokoju. Od snu, który pamiętamy przez cały dzień. Od zdania w książce, które nagle brzmi tak, jakby ktoś mówił dokładnie do nas. Od chwili nad jeziorem, gdy woda przestaje być tylko wodą, a staje się lustrem.
Dzisiaj więc dzień wnikania do głębin siebie.
Nie po to, by się w sobie utopić. To ważne. Bo introspekcja może stać się także pułapką. Można tak długo analizować własne wnętrze, że zapomni się żyć. Można zamienić duszę w laboratorium i każde uczucie rozebrać na śrubki. Ale prawdziwe zejście do siebie nie odbiera życia. Ono przywraca życiu smak.
Kiedy lepiej znam swój cień, mogę jaśniej kochać.
Kiedy lepiej znam swój lęk, nie muszę nim rządzić innymi.
Kiedy lepiej znam swoje pragnienia, nie muszę ich przebierać za przypadek.
Kiedy lepiej znam swoje rany, nie muszę każdej rozmowy zamieniać w obronę.
Kiedy lepiej znam siebie, mogę spotkać drugiego człowieka mniej jak sędzia, bardziej jak ktoś, kto też idzie przez mgłę.
Właśnie dlatego Jung jest dla mnie niedzielny.
Nie w sensie kościelnym, choć u niego Bóg, symbol i religia mają ogromną wagę. Niedzielny w tym sensie, że zaprasza do zatrzymania. Do powrotu do centrum. Do przypomnienia sobie, że człowiek nie jest tylko funkcją społeczną. Nie jest tylko wykonawcą zadań. Nie jest tylko biografią, którą da się opisać kilkoma faktami. Jest tajemnicą, która próbuje stać się świadoma samej siebie.
Na obrazie leży klucz.
To dla mnie bardzo jungowski symbol. Klucz nie jest jeszcze wejściem. Klucz nie jest jeszcze odpowiedzią. Klucz jest możliwością. Leży blisko notesu, jakby mówił: pisz, a może otworzysz. Patrz, a może zobaczysz. Nie uciekaj, a może zrozumiesz. Obok jest pióro — znak opowieści. Bo nie da się wejść do siebie bez opowiedzenia sobie prawdy. Choćby prywatnie. Choćby nieporadnie. Choćby tylko w kilku zdaniach zapisanych rano, zanim dzień zacznie krzyczeć.
Jest też mandala w wodzie.
Mandala to dla mnie znak, że chaos nie zawsze jest bezsensem. Czasem chaos jest porządkiem, którego jeszcze nie umiemy odczytać. Człowiek widzi fragmenty: wspomnienie, sen, pragnienie, powtarzający się lęk, dziwny zachwyt, przypadkowe spotkanie, obraz, który go porusza. A potem nagle, po latach, zaczyna rozumieć, że te fragmenty układały się wokół jakiegoś centrum.
Może tym centrum jest Jaźń.
Może po prostu prawdziwsze „ja”.
Nie to „ja” nadęte, hałaśliwe, szukające oklasków. Raczej to głębokie „ja”, które nie musi nikogo pokonywać, żeby istnieć. To „ja”, które mówi: mam prawo być. Mam prawo szukać. Mam prawo kochać życie po swojemu. Mam prawo być trochę niemodny. Mam prawo pisać długie teksty, jeśli moja dusza nie mieści się w krótkim podpisie.
I może właśnie to jest mój dzisiejszy manifest.
Być sobą nie jako slogan, ale jako praca. Jako codzienne schodzenie z powierzchni. Jako cierpliwe odzyskiwanie części siebie, które kiedyś zostały odłożone na później. Jako zgoda, że moje życie nie musi być wszystkim zrozumiałe, żeby było prawdziwe.
Jung nie daje łatwego pocieszenia. Nie mówi: wszystko będzie dobrze. Raczej mówi: wszystko jest głębsze, niż myślisz. A to jest pocieszenie znacznie poważniejsze.
Bo jeśli wszystko jest głębsze, to także moje zagubienie może mieć sens. Także mój cień może nieść wiadomość. Także moja samotność może być pracownią. Także mój zachwyt może być wskazówką. Także mój blog może być czymś więcej niż blogiem. Może być mapą. Może być wieżą. Może być małym domem nad jeziorem, gdzie myśli przestają być tylko myślami, a zaczynają nabierać kształtu.
Dzisiaj patrzę więc na ten obraz jak na zaproszenie.
Stoję nad wodą. W ręku mam notes. Przede mną jezioro. Za mną świat. Pode mną głębina. W odbiciu nie widzę tylko twarzy. Widzę pytanie.
Kim jestem, kiedy przestaję grać?
Czego we mnie jeszcze nie dopuściłem do głosu?
Co nazywam losem, choć może jest moim nieuświadomionym wyborem?
Co w innych tak mocno mnie porusza, bo w rzeczywistości mówi o mnie?
I gdzie jest mój własny dom nad jeziorem — niekoniecznie na mapie, ale w życiu?
Może właśnie od takich pytań zaczyna się prawdziwa niedziela.
Nie od wielkich postanowień. Nie od heroicznych planów. Nie od natychmiastowej przemiany. Tylko od chwili uczciwości wobec siebie.
Od wejścia do wnętrza.
Od zgody, że pod powierzchnią codzienności jest jezioro.
A jezioro pamięta więcej, niż my chcemy pamiętać.
I czeka spokojnie, aż wreszcie usiądziemy na brzegu.
