Angel Tribe zaczęło się od pytania, które wraca do mnie od lat: czy można być naprawdę sobą i jednocześnie być blisko innych? Nie w tłumie, który wszystko wie lepiej. W zwyczajnym sąsiedztwie, gdzie nie trzeba udawać silniejszego, młodszego ani ciekawszego, niż się jest.
Widzę okrągły dom pośrodku. Pachnie drewnem, herbatą, zupą i mokrymi kurtkami odwieszonymi przy wejściu. Można tu rozmawiać do późna, a można tylko usiąść i ogrzać dłonie. Wokół, wśród drzew i ogrodów, stoją osobne małe domy. Każdy ma okno na własny świat. Ścieżki łączą je z miejscem spotkania, ale nikogo nie ciągną za rękaw.
Wolny człowiek nie musi być samotny.
Chciałbym, żeby było tu miejsce dla różnych pokoleń. Dla człowieka, który po latach pracy wreszcie chce żyć trochę wolniej. Dla kogoś, kto wciąż ma głowę pełną pomysłów. Dla tych, którzy lubią dzieci, i tych, którzy wolą poranną ciszę. Różnica wieku nie powinna odbierać nikomu głosu.
To jeszcze idea, która szuka swego prawdziwego miejsca i prawdziwych ludzi. Nie znam wszystkich odpowiedzi. Wiem jedynie, jakiej temperatury szukam: takiej, przy której człowiek przestaje marznąć od środka.
Jeśli ten obraz jest ci bliski, przejdź ścieżką dalej. Zajrzyj do domu, ogrodu, pod wspólny dach. Nie trzeba decydować o niczym przy pierwszej wizycie. Można po prostu pobyć.