Gdy myślę o Angel Tribe, nie widzę równych rzędów budynków. Widzę ścieżkę pod drzewami, ławkę w słońcu, trochę błota po deszczu i kwiaty, które rosną tam, gdzie same znalazły swoje miejsce. W środku jest wspólny dom, a wokół kilka mniejszych. Z daleka wygląda to trochę jak układ planet. Z bliska — jak ludzie, którzy mogą się spotkać, a potem spokojnie wrócić do siebie.
Natura nie jest tu dekoracją. Daje rytm dnia i przypomina, że każda pora ma własne prawa. Ogród nie musi być idealny. Dom nie musi być duży. Wystarczy, że można usiąść przed nim z kubkiem i mieć ochotę powiedzieć: dzisiaj jestem u siebie.
Najpierw jest ogień. Potem dym z komina. Dopiero później dom.
Nie mam jeszcze ziemi ani daty otwarcia. Szukanie realnego miejsca będzie wymagało rozmów, pracy i sprawdzenia wielu rzeczy. Na razie ta mapa pozwala zobaczyć, czego naprawdę szukamy, zanim pojawi się konkretna droga i konkretna brama.
Może kiedyś ktoś przyjedzie tu na kilka godzin. Może zostanie na weekend. A może pewnego dnia uzna, że jego własne życie dobrze by się czuło w takim sąsiedztwie. Każdy z tych kroków zaczyna się tak samo: od zaciekawienia.