W centrum widzę kuchnię, w której coś się gotuje i do której można zajrzeć, choćby na pięć minut. Rano ktoś nastawia wodę. W południe pachnie zupa. Wieczorem na stole stoją talerze nie od kompletu, lecz od wielu różnych historii.
Posiłek nie musi być codzienną ceremonią. Czasem każdy je u siebie. Czasem ktoś mówi: robię makaron, wystarczy dla czterech osób. W takich chwilach najważniejsze jest, że zaproszenie pada zwyczajnie. Bez długu wdzięczności. Bez wpisywania się w grafik bycia miłym.
Dobrze jest czasem usłyszeć: zostało dla ciebie miejsce.
Wspólny stół to również miejsce na spór, żart, nowe pomysły i opowieści powtarzane po raz setny. Starsza osoba może przynieść przepis zapisany na kawałku papieru, dziecko własne pytanie, a ktoś, kto przyszedł pierwszy raz, tylko apetyt. To wystarczy, by rozmowa się zaczęła.
Być może właśnie kuchnia pokaże, czy idea Angel Tribe umie zejść na ziemię. W słowach łatwo mówić o wspólnocie. Przy zmywaniu, zakupach i dzieleniu ostatniego kawałka ciasta uczymy się jej naprawdę.