Chciałbym, żeby w Angel Tribe była ziemia, której można dotknąć. Kilka grządek, zioła przy kuchni, drzewo dające cień i miejsce, gdzie rośliny wygrywają z naszym pomysłem na porządek. Jedni będą sadzić. Inni patrzeć, jak ktoś sadzi. Oba sposoby bycia w ogrodzie są uczciwe.
W ogrodzie dobrze widać, że każdy ma własne tempo. Jedna roślina pojawia się szybko i znika po pierwszym chłodzie. Inna przez lata buduje korzenie, zanim zobaczymy jej prawdziwą siłę. Ludzie bywają podobni. Potrzebują różnych warunków, odrobiny cierpliwości i prawa do ponownego początku.
Nie wszystko musi zakwitnąć w tym samym sezonie.
Ogród mógłby stać się także miejscem spotkań bez konieczności rozmowy. Dwie osoby pielą obok siebie. Ktoś przynosi wodę. Wieczorem zrywa się liście mięty do herbaty. To drobne rzeczy, lecz właśnie z nich składa się poczucie, że świat jest trochę bardziej własny.
Nie obiecuję samowystarczalnej wioski ani idealnego życia w naturze. Myślę o kawałku prawdziwej ziemi, który przypomni nam, że jesteśmy częścią pór roku, a nie tylko kalendarza spotkań.